Choć plaża wydawałaby się być miejscem wyjątkowo sprzyjającym dobremu samopoczuciu, większość znanych mi kobiet na myśl o wyjściu na nią traci humor. Sama miałam tak przez długie lata, zanim nie odkryłam …ale o tym za chwilę.

Wprawdzie nie opisano jeszcze takiej jednostki chorobowej jak „zespół stresu okołoplażowego”, ale jestem pewna, że dotyka ona ogromną liczbę przedstawicielek płci żeńskiej w  różnym wieku. Pierwsze objawy choroby dają o sobie znać w okolicach Sylwestra. Wkładając na siebie kreację wieczorową przyglądamy się krytycznie, bez grama czułości, naszym ciałom i wyliczamy w myślach to, …co trzeba koniecznie ogarnąć do wakacji. Wrzucamy na listę postanowień noworocznych hasło „projekt plaża” i dzięki temu prostemu zabiegowi, którego celem jest odroczenie samoudręczenia zażegnujemy pierwszy kryzys chorobowy.

Kolejne objawy przychodzą wraz z nastaniem wiosny. Wywołuje je pojawienie się na ulicach zastraszającej liczby „innych kobiet” w kreacjach odsłaniających wszystko, nad czym my zamierzamy dopiero popracować. Zalewa nas wówczas pierwsza fala rozpaczy. Szczęśliwie, dosyć szybko udaje nam się ją pokonać za pomocą zestawu ratunkowego o nazwie „do wakacji jeszcze zdążę”. Najcięższe symptomy choroby takie jak rozdrażnienie naprzemiennie z apatią, irytacja, rezygnacja a nawet mdłości zaczynają występować na kilka dni przed urlopem i nasilają się do momentu założenia stroju kąpielowego. Oglądanie zdjęć „innych kobiet” na Instagramie niebezpiecznie przyśpiesza akcję serca i powoduje zawroty głowy. Z chwilą pierwszego wyjścia na plażę „zespół stresu okołoplażowego” osiąga w pełni zaawansowane stadium.

Zadziwiające, że po zainfekowaniu tą dolegliwością tracimy zdolność do obiektywnego postrzegania faktów. Nie ma najmniejszego znaczenia to, jak wyglądamy w rzeczywistości, i tak zawsze uważamy, że czegoś mamy za dużo lub za mało, coś nam za bardzo wystaje albo nie wystaje, choć powinno. Zatem przekonane o rosnącej z minuty na minutę liczbie niedoskonałości próbujemy się „ułożyć” na leżaku w sposób, który pomoże te istniejące (głównie w naszej głowie) wady skorygować. Świeci piękne słońce, wiatr wieje delikatnie, a fale szumią  – mogłoby się wydawać, że odpływamy w pełni zrelaksowane. Nic bardziej mylnego. Czujne jak ważki obserwujemy, co się dzieje dookoła. Najpierw dyskretnie wypatrujemy na horyzoncie  pań, które „projekt plaża” zakończyły sukcesem. Podziwiamy ich dopracowane kształty, dumnie prezentowane w całej okazałości. Kiedy dawka samokatującej porcji porównań jest zbyt trudna do zniesienia,  próbujemy się ratować. Tęsknym wzrokiem poszukujemy kobiet, które „mają gorzej”, żeby choć odrobinę poprawić podupadające coraz bardziej samopoczucie. Choć od dawna, z nadzieją wyczekiwałyśmy urlopu, już pod koniec pierwszego dnia zastanawiamy się jak przetrwać na plaży, jeśli pogoda przez cały czas będzie dopisywała. Wiemy, że plany spacerów brzegiem morza lub wszelkich innych zajęć związanych z poruszaniem się w kostiumie nie zostaną „w tym sezonie” zrealizowane. Wymagałoby to bowiem spontanicznego, niekontrolowanego ruchu, czyli obnażenia wszystkich, druzgocąco niedoskonałych fragmentów naszego ciała. Taka opcja, rzecz jasna, nie wchodzi w grę.  Pozostaje przeczekać, w cichości ducha obiecując sobie, że za rok będziemy w lepszej formie.

Mogłabym z ironią odnieść się do tematu i skrytykować wszystkie doświadczające podobnych „wrażeń” kobiety za powierzchowne podejście do życia i przesadne skupienie na sobie. W końcu jesteśmy przecież zbyt mądre, silne i pewne siebie, żeby się przejmować takimi pierdołami. No i wiadomo, nie wygląd jest najważniejszy – tylko nasz wewnętrzny blask. Mogłabym, ale nie lubię być hipokrytką. Sama latami (bo to choroba przewlekła) chorowałam na „zespół stresu okołoplażowego”. Niezależnie od tego na jakim etapie życia byłam, ile pracy włożyłam w poczucie własnej wartości przez cały rok, moment wyjścia na plażę odzierał mnie z całej siły. Jakby moje ciało nie należało do mnie, tylko było niechcianym elementem większej całości, z którym muszę się jakoś uporać.  Niby miałam „gdzieś” to, jak wyglądam, ale to „gdzieś” nie polegało na akceptacji tego, co mam i dystansie do wygórowanych oczekiwań świata zewnętrznego (i tego w mojej głowie) tylko na rezygnacji i frustracji. Byłam bardzo niezadowoloną posiadaczką własnego ciała, które przez długie lata traktowałam jak „ciało obce”.

 

Przełom, jak to zazwyczaj bywa, nastąpił niespodziewanie. Dwa lata temu, podczas wakacyjnej wycieczki po wyspach kanaryjskich, wylądowaliśmy na jednej z mało uczęszczanych plaż. Szczęśliwa, że jest na niej tak niewiele osób i nie muszę się specjalnie przejmować odpowiednim ułożeniem „ciała obcego” rozłożyłam wielki ręcznik kąpielowy, a potem zaległam pod skałą na szarobrązowym teneryfskim piasku. Pogrążona w myślach, kołysana delikatnym wiatrem odpływałam pomału w świat wyobraźni. Ze stanu półsnu wybiły mnie dobiegające z oddali, ale coraz wyraźniejsze głosy. Leniwie podniosłam prawą powiekę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Kilkanaście metrów od mojej wymoszczonej w piasku jamki swoją plażową bazę urządzała grupa młodych Hiszpanów. Trzy kobiety i trzech mężczyzn, na pierwszy rzut oka niespełna trzydziestoletnich. Dwie z pań wyglądały tak, że nie mogłam się oprzeć pokusie sformułowania w głowie stwierdzenia, że należałoby je zabić (☺). Idealne kształty, pięknie i równo opalone ciała przykryte kawałkami materiału jedynie w miejscach, które tego absolutnie wymagały.

Trzecia dziewczyna, na którą początkowo wcale nie zwróciłam uwagi miała na imię Marija. Dowiedziałam się o tym, bo mniej więcej co kilka sekund, jej imię podało z ust któregoś z trzech mężczyzn. Nie znam hiszpańskiego, ale obserwując sytuację nie trudno było wywnioskować, że panowie robią, co mogą, żeby zwrócić na siebie uwagę właśnie jej.  Każdy starał się zaistnieć i oferował swoją pomoc –  w usypywaniu parawanu z piasku, rozkładaniu ręcznika czy też w smarowaniu kremem z filtrem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się zorientowałam, że w przeciwieństwie do swoich koleżanek Marija najwyraźniej nie ukończyła zwycięsko…”projektu plaża” (☺). Mimo to, ani kilka zbędnych kilogramów, ani cellulit (prawie taki jak mój!) zdawały się jej kompletnie nie przeszkadzać. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie nie to, jak wyglądała Marija, ale sposób w jaki się zachowywała. Uśmiechając się serdecznie do kolegi, który stał obok wyjęła mu z rąk krem do ciała i nieśpiesznie zaczęła się nim smarować. Delikatnymi ruchami rozprowadzała białą maź najpierw po swoich udach, potem po brzuchu, a na końcu po zaokrąglonych ramionach. Kiedy skończyła, poprosiła jedną z koleżanek o nałożenie specyfiku na plecy. Chwilę później, kompletnie ignorując zainteresowanie panów swoją osobą, usiadła na jednym z ręczników i wyjęła karty do gry.  Po kilku minutach cała szóstka rechotała wesoło podczas zabawy. Nie mam pojęcia w co grali, ale najwyraźniej wszyscy dobrze się bawili.

Wróciłam do swojego świata, żeby w cichości przemyśleć to, co przed chwilą zobaczyłam. Nie pierwszy raz byłam świadkiem podobnych scen. Młodzi ludzie, spędzający wspólnie czas na plaży, uśmiechnięci i radośni. Jednak tym razem zobaczyłam coś więcej. Nieskrępowaną kompleksami, magnetyczną kobiecość w czystej postaci. Marija z całą pewnością nie chorowała na „zespół stresu okołoplażowego”. Powiem więcej, jej zachowanie było dla mnie jak pierwsza dawka lekarstwa. Do tej pory, chcąc uporać się z własnymi niedoskonałościami powtarzałam sobie w myślach, że wygląd nie jest najważniejszy. Chowałam się za własnymi ograniczeniami, traktując swoją fizyczność jako „coś” z czym muszę żyć. Unikałam patrzenia na siebie i robiłam, co się dało, żeby innym też tego oszczędzić. Tak rozumiałam dystans do własnego wyglądu i luz na plaży. Nie przyszło mi do głowy, że można się po prostu dobrze czuć we własnej skórze. Jednak żeby to zrobić, trzeba podobnie, jak robiła to Marija – umieć się o siebie zatroszczyć. Patrzeć na siebie tak, jak chciałybyśmy być postrzegane przez innych, dostrzegać delikatność naszych ciał, a nie analizować konstrukcję tkanki tłuszczowej. Obdarzać się pełną akceptacji życzliwością. To ona właśnie, a nie kształt sylwetki budzi schowane głęboko, w każdej z nas, pokłady wdzięku i magii. Zadowolone z siebie kobiety hipnotyzują, roztaczają dookoła siebie aurę wdzięku i radości.

Tego właśnie nauczyłam się dwa lata temu od (zupełnie nieświadomej znaczenia własnego zachowania) Mariji.  Choć daleko mi jeszcze do jej naturalnego, spontanicznego i pełnego radości sposobu bycia na plaży – jestem o niebo szczęśliwsza, niż kiedyś. Staram się podchodzić do siebie z łagodnością i sympatią. Niezależnie od tego, w jakim stopniu udało mi się zadbać o sylwetkę przed sezonem wakacyjnym, kiedy wychodzę na plażę, nie myślę już o tym. Uśmiecham się do siebie w całości, także do tego, co wisi, odstaje lub wystaje. A kiedy zdarza mi się, przez zapomnienie w okrutny sposób potraktować własne uda cichym komentarzem w stylu „o cholera, ależ galaretka?!” natychmiast je przepraszam i pieszczotliwie dodaje „kochane wy moje, zaraz was pańcia posmaruje balsamem”☺.

 

Życzę Nam wszystkim wspaniałych wakacji w cudownym kontakcie z własnym „nieobcym” ciałem.