Można powiedzieć, że odpowiedź została zawarta w samym pytaniu – robimy tak, bo jest łatwiej. I na tym w zasadzie powinnam skończyć temat, gdyby nie fakt, że chociaż dobrze o tym wiemy, to chcemy postępować inaczej. Wszyscy albo prawie wszyscy marzymy o tym, żeby być szczęśliwi. Przynajmniej tak deklarujemy. Dlaczego zatem tak wielu z nas czuje się źle we własnym życiu i określa je, w najlepszym przypadku, jako mało szczęśliwe? Skąd ta niespójność pomiędzy tym, czego chcemy a tym, co robimy? Co sprawia, że przytłaczającej, frustrującej nieszczęśliwości poświęcamy tyle czasu i uwagi?

Sądzę, że dzieje się tak, bo wbrew pozorom nieszczęśliwość przynosi nam wiele niebagatelnych, choć krótkotrwałych korzyści. Nie jestem pewna, czy do końca zdajemy sobie z tego sprawę. Postrzegamy ją jako coś, co przytrafia się nam wbrew naszej woli i co chętnie byśmy oddali, jeżeli byłoby to możliwe. Tymczasem rzeczywistość wygląda nieco inaczej…

 

Nieszczęśliwość jest jak L4 od odpowiedzialności za swoje życie
Byliście kiedyś na „lewym” zwolnieniu? Nie musicie odpowiadać i ja też tego nie zrobię. Myślę jednak, że prawie wszyscy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić takiego KTOSIA. Kogoś, kto zdecydował się skorzystać z tego typu zwolnienia. Nie dociekajmy jakie miał powody, żeby tak postąpić. Ustalmy, że skoro to zrobił, dla niego były wystarczająco ważne.

Nielegalnie zdobyty legalny dokument wylądował na odpowiednim biurku, a nasz KTOŚ wylądował na kanapie. Pogoda piękna, chciałoby się gdzieś wyjść, ale ryzyko za duże, bo jeszcze inny ktoś zobaczy „chorego” podczas spaceru. Więc postanowione, siedzi i myśli. O czym? O tym, jak dobrze, że udało mu się nie pójść do tej roboty. Mógłby się nawet cieszyć z tego faktu, ale to zbyt skomplikowane, bo przecież jest na …lewym zwolnieniu. Zatem rozmyśla dalej. O tym, jak mu źle w tej pracy, jak go tam nie doceniają, jak ciężko zasuwa, jak mało mu płacą, jak bez sensu jest to co robi i tak dalej. Im dłużej rozmyśla, tym więcej znajduje powodów do wytłumaczenia sobie, dlaczego siedzi na kanapie. Jest mu gorzej, czyli lepiej z tym, że nie poszedł do pracy. Chociaż był całkiem zdrowy, kiedy to zwolnienie załatwiał, teraz czuje się naprawdę chory. Głowa boli od tego myślenia, ale nie przestaje. Przecież, gdyby go uskrzydlało to, co robi, dawało mu poczucie satysfakcji albo przynajmniej odpowiednie wynagrodzenie nie musiałby „chorować”. Pracowałby bite osiem godzin albo i dłużej. Chciałoby mu się starać, angażować w to, co robi, dawać z siebie, ile wlezie. Ale tak nie jest. Więc nie pozostaje mu nic innego tylko siedzieć. To jedyne rozwiązanie.

Stan otumanienia
Myślę, że podobny bilans robimy w swoich głowach, kiedy podejmujemy decyzję, że będziemy nieszczęśliwi. Szukamy powodów, które usprawiedliwią naszą ucieczkę od problemów, zwolnią nas z obowiązku radzenia sobie z nimi. Podobnie, jak KTOŚ na lewym L4 odczuwamy dyskomfort, bo mamy świadomość, że to, co robimy niewiele zmienia w sytuacji, która nas do tego miejsca doprowadziła, a już z pewnością nie zmienia na lepsze. W dodatku towarzyszą nam wyrzuty sumienia i coraz większy lęk przed konfrontacją z tym, co się stanie …jak już L4 się skończy. Radzimy sobie z tymi przykrymi uczuciami pomocą kolejnych, przytaczanych sobie samym argumentów, że „inaczej się nie da”, „to nie od nas zależy” albo że „zrobimy z tym coś jutro”. Chwilowa ulga rekompensuje odczuwany dyskomfort. Uspokojeni (w rzeczywistości wytłumieni) oddajemy się marzeniom o tym, „co by było, gdyby”. Czekamy – w najlepszym przypadku na odpowiedni moment do zrobienia gruntownego porządku we własnym życiu – w najgorszym na to, że coś lub ktoś zrobi to za nas.

 

Samo nie pójdzie
Niestety nie ma najmniejszych szans na to, że nasza osobista nieszczęśliwość sama z siebie pewnego dnia zniknie. Mało prawdopodobne jest także to, że jakaś zewnętrzna siła nas jej pozbawi. Owszem możemy dostać zewnętrzne wsparcie w postaci impulsu do działania, spowodowanego jakąś konkretną sytuacją lub udziałem osoby trzeciej. Może się zdarzyć, że coś lub ktoś na naszej drodze sprawi, że w głowie pojawi się myśl o tym, żeby zejść z bocznego toru własnego życia i spróbować postępować inaczej. Jednak niezależnie od mocy tego impulsu, odpowiedzialność za działanie pod jego wpływem jest po naszej stronie. Musimy wziąć sprawy we własne ręce i odważyć się zrealizować plan, który od dłuższego czasu chodzi nam po głowie. Bo przecież wszystkie te „gdyby tylko”, „od jutra” itd., którymi karmimy naszą nieszczęśliwość są prawie gotowymi planami na to, jak być szczęśliwym. Trzeba ich tylko nieco inaczej używać. Pozbawić je wszystkich spektakularnych akcentów takich jak magiczne daty, postaci z bajki czy wyjątkowe okoliczności. Wiemy doskonale o co chodzi, prawda? Nie raz odchudzaliśmy się od poniedziałku, rzucaliśmy palenie od jutra, czekaliśmy na księcia, żeby zacząć kochać, czy też liczyliśmy na cudowną przemianę lub nagłe zniknięcie szefa w beznadziejnej pracy. Choć ulegaliśmy złudzeniu, że to faktycznie pomaga, działo się dokładnie na odwrót.

Jak działa „od jutra nie palę”
Ileż to razy zdarzyło mi się wypalić paczkę papierosów późnym wieczorem i prawie zejść z tego świata w skutek zatrucia organizmu, bo postanowiłam od rana nie palić. Przerażenie wywołane tą „definitywną” obietnicą natychmiast poskutkowało uruchomieniem odpowiednich mechanizmów samo-manipulacji. Skoro od jutra, to znaczy, że jeszcze tylko dzisiaj mogę bezkarnie palić. Z żarliwością charakterystyczną dla człowieka, który stał się posiadaczem ostatniej szansy, korzystałam z niej po całości. Łapczywie odpalałam jednego fajka od drugiego, a kiedy biedny organizm usiłował się bronić kaszlem lub odruchem wymiotnym uciszałam go magiczną obietnicą „spokojnie, przecież od jutra nie palę”. Euforia rychłego zwycięstwa była silniejsza niż jakikolwiek przejaw zdrowego rozsądku. Jakież było moje zdziwienie, kiedy budziłam się kolejnego ranka i wbrew temu, czego oczekiwałam nie pojawiały się nawet okruchy cudu. Zero wsparcia od siły wyższej, bo zamiast chęci do spełnienia danej sobie obietnicy przytłaczała mnie spowodowana bólem głowy powalająca niechęć do życia.

Bez prądu daleko nie zajedziemy
Trudno zrobić cokolwiek, kiedy przeszywa nas rezygnacja, strach i poczucie winy. Odczuwanie radości życia, która jest kluczowym elementem szczęśliwości staje się w takich warunkach niemożliwe. Wiemy o tym, ale nie zdajemy sobie sprawy z tego, że im bardziej magiczne są nasze oczekiwania, tym gorsze jest nasze samopoczucie. Lokujemy bowiem całą energię w utrzymaniu chwilowej ulgi, która oddziela nas od konieczności podjęcia działania. Wszystko jedno czy mówimy o lewym L4, które pozwala „nie robić nic” w temacie braku satysfakcji z roboty, czy o zagłuszaniu jedzeniem lub paleniem lęku przed podjęciem pracy nad zmianą nawyków. Przez skórę czujemy, że rzeczywisty problem nie zostanie w taki sposób rozwiązany, a jedynie urośnie do jeszcze większej skali i dobije nas ze zdwojoną siłą, jak tylko iluzja cudu na chwilę przyśnie.

Zmiana planów i ładowanie akumulatorów
Nie ma nic złego w tym, że marzymy, żeby było lepiej i układamy sobie w głowie wizję tego, czego pragniemy. Jestem zdania, że nic tak nie motywuje jak dobra obietnica. Jeśli jednak poważnie myślimy o spełnieniu swoich marzenia (zwłaszcza tych o szczęśliwości) musimy mieć świadomość, że nie mniej ważny od samej wizji jest strategiczny plan jej zrealizowania. Oparty na naszych realnych możliwościach, zakładający konieczność wykonania konkretnych działań, a przede wszystkim uwzględniający możliwość pojawiania się problemów i sposób ich rozwiązania. Nie można umieszczać w takim planie tego, na co nie mamy wpływu, ale powinno się w nim znaleźć wszystko to, co od nas zależy. Wiadomo przecież, że jeśli pojawi się cała masa okoliczności zewnętrznych, to nie na nich, a na radzeniu sobie z ich konsekwencjami musimy się skupić. Jeśli nic nie wskazuje na to, że mój szef się zmieni, a ja nadal nie potrafię lub nie chcę z nim pracować to planuję, jak znaleźć inną pracę, a nie przedłużyć zwolnienie.

 

    

Pudełko mocy
Kolejna ważna rzecz to dbanie o stały poziom własnej, dobrej energii. Najwięcej tracimy jej podczas straszenia i dołowania się tym, co było, tym, co może się stać albo porównywaniem z innymi. Patrzenie na siebie z niechcianą nadwagą lub dobijania się myśleniem o ilości wypalonych do tej pory papierosów – nie pomaga. Podobnie jak metoda „od jutra” czy też mierzenie odległości dzielącej nas od tych, którzy już są szczęśliwi. Natomiast bardzo pomocne jest „łapanie każdej dobrej chwili” przybliżającej nas do celu i pilnowanie, żeby nam nie uciekłaJ. Mamy wyjątkową umiejętność lekceważenia małego kalibru osiągnięć i powodów do radości. Niemalże natychmiast przechodzimy nad nimi do porządku dziennego lub zapominamy, że w ogóle miały miejsce. Tymczasem, to właśnie one są głównym dostarczycielem energii, której potrzebujemy do dalszego działania. Każdy mały sukces, każde zwycięskie poradzenie sobie z problemem lub słabością trzeba oglądać przez lupę, a potem odkładać do „pudełka mocy”. Na początku zaglądanie do miejsca, gdzie leżą dobre chwile może się wydawać bez sensu. Takie malutkie, pojedyncze niewiele znaczą w skali wszystkiego, co się w naszym życiu dzieje. Jednak ich siła odziaływania jest nie w wielkości, a w ilości i systematycznym zbieraniu.

Wyobraźcie sobie, że otwieracie takie „pudełko” po tygodniu. Patrzycie, a tam leżą jedna obok drugiej wszystkie powody do radości – „niewypalony papieros”, „niezjedzona czekoladka”, „trudna rozmowa, którą przeżyłam”, „uśmiech pani w sklepie”, oraz liczne chwile pod nazwą „przejaw życzliwości”.

Nieustające zasilanie 
Kiedy dostrzegamy to, co już mamy i zatrzymujemy się na moment, żeby się tym nacieszyć wzrasta nasza wewnętrzna siła. Coraz bardziej zbudowani, optymistycznie nastawieni stajemy na własnych nogach, bo nabieramy zaufania do tego, że będziemy w stanie iść dalej. Wiemy, że jeszcze zaledwie tydzień temu pudełko było puste, a to, co się w nim znalazło jest naszą zasługą. Sami tego dokonaliśmy i niezależnie, ile powodów do radości dał nam świat, mamy własne źródło mocy. Jeśli codziennie będziemy dbać o to, żeby dołożyć do niego choć jedną małą chwilkę, jest niewielkie prawdopodobieństwo, że nasze akumulatory kiedykolwiek się wyczerpią. W momentach słabości zawsze możemy zajrzeć do środka i zasilić się tym widokiem na tyle mocno, żeby być gotowym do podjęcia kolejnego działania.

Życzę nam wszystkim, niezależnie od tego na jakim etapie poszukiwania szczęśliwości aktualnie jesteśmy, żebyśmy jak najszybciej zaczęli dbać o obfite wypełnienie naszego własnego energetycznego pudełka 🙂